~Oczami Clary~
To wszystko było już zbyt męczące, a na dodatek depresyjne. Umarło tak wielu, a my nie mogliśmy spalić ich ciał tylko potykaliśmy się o nie. Wszystkie te twarze wykrzywione w grymasie bólu oraz cierpienia aż prosiły się o zakrycie ciała by na to nie patrzeć. Po kilku godzinach człowiek, a już zwłaszcza nefilim, przestawał zwracać na to uwagę. Liczyło się tylko to by nie dać się zabić i odnaleźć Asmodeusza po czym wystarczyłoby już zakończyć jego erę na tym i innym świecie.
Nigdzie nie widziałam Jonathana z Isabelle, Magnusa z Aleciem, Luke'a czy nawet Maryse z Robertem. Obok mnie znajdował się jedynie Jace trzymający mnie za rękę podczas naszego wspólnego biegu. Musieliśmy to wszystko zakończyć, ale czy mogliśmy? Nie byłam taka pewna. Cieszyłam się, że nasze dzieci oraz reszta rodziny była bezpieczna w Sali Anioła z innymi. Nie zniosłabym gdyby coś im się stało.
Przedzieraliśmy się zarówno przez gęstwinę drzew jak i demonów, które trzeba było zabić. Puszczaliśmy własne, splecione wcześniej, dłonie by odeprzeć atak, a następnie wbić serafickie ostrze w szatański pomiot. Ciało niemal natychmiast dostaje konwulsji by potem się rozpłynąć. Gdy już tak się stało znów biegliśmy razem szukając Asmodeusza. Jak tylko widzieliśmy innego nocnego łowcę, który potrzebował pomocy udzielaliśmy jej, ale priorytetem było odnalezienie Pana Piekieł. Żadne z nas się nie odzywało z powodu skupienia na dostrzeżeniu chociażby sylwetki podobnej do niego.
Jedna sekunda. Jeden moment, w którym zatrzymałam się łapiąc za serce. Znaleźliśmy go.
Nie tylko my..
Patrzyłam jak Elena z Tobiasem walczą z Asmodeuszem, a ja nie potrafiłam się poruszyć. Kurczowo trzymałam Jace'a za dłoń i stałam jakby wbita w ziemię.
- Clary? Musimy im pomóc - z szoku wyrwały mnie słowa blondyna. Skinęłam prawie niezauważalnie głową po czym nasza dwójka ruszyła w ich stronę.
Asmodeusz w swojej postaci mógł zaatakować tylko jedną osobę na raz, więc dzieciaki przyjęły następującą taktykę. Jedno odwracało uwagę demona, a drugie atakowało od tyłu za pomocą ich talentu, światła. Pan Piekieł krzywił się ze względu na niebiańską moc? Chyba tak lecz nigdy nie mogłam być do końca pewna jeśli chodzi o anielskie moce. Wystarczyła chwila nieuwagi Eleny podczas odwracania uwagi by pomiot szatana rzucił nią kilka metrów dalej raniąc przy tym pazurami. Z mojego gardła wydostał się krzyk na tyle głośny, że Asmodeusz zauważył mnie.
- Clarissa Morgenstern, przyszłaś oglądać jak giną Twoje dzieci? - zapytał między spazmami kpiącego śmiechu.
- Marzenie Demonie - wysyczałam po czym pobiegłam w jego stronę.
Nie obchodziły mnie krzyki mojego męża, nie obchodziły mnie dzieci. Pragnęłam śmierci tego pomiotu jak najszybciej. Czułam jak w moich żyłach pulsowała krew, a przed oczami pojawiła się runa składająca się z wielu nic nieznaczących kresek, a które razem stanowiły coś potężnego. W głowie pojawił się głos, znany mi tak dobrze. Ithuriel.
"Twoja rodzina. Dzięki niej go pokonacie. Wierzę w Ciebie córko Valentine'a, krwi z mojej krwi"
Po tych słowach wyjęłam swoje serafickie ostrze i wyszeptałam "Hesperos" po czym rozbłysło jasnym światłem. Ostrze bardzo stare, ale mimo to wciąż skuteczne. Przypominało mi o tym jak niebezpieczne były, i nadal są, demony oraz jak wiele ich zabiłam. Za każdym razem gdy go wyciągałam miałam świadomość ile razy miałam okazję by umrzeć.
Asmodeusz tylko czekał aż zaatakuję. Gdy znalazłam się na tyle blisko bym mogła zamachnąć się ostrzem on próbował blokować moje ataki. Atakowanie go nie było tak łatwe jak myślałam. Miał ogromną siłę, a przy okazji zdawał się wiedzieć w co celowałam. Postanowiłam zrobić coś w momencie gdy przyszło mi to do głowy. Gdy zamachnęłam się Hesperosem po raz kolejny, a demon zajęty był blokowaniem ciosu kopnęłam go w udo na co zachwiał się delikatnie. Natychmiast na kark założyłam mu dźwignię, której kiedyś nauczył mnie Jace, i najszybciej jak potrafiłam przyciągnęłam jego cielsko wprost na moje kolano. Tym sposobem obiłam mu twarz kilkukrotnie nim zdążył mnie odrzucić kilka metrów dalej.
Podniosłam się po chwili, która zdawała mi się wiecznością, po czym spojrzałam w kierunku wroga. Teraz walczył z Jace'm. Widziałam pasję, oddanie, zaangażowanie, adrenalinę, a także pewność siebie, która nigdy go nie opuszczała. W czasie gdy Wielki Demon był zajęty moim mężem ja szukałam dzieci za pomocą wzroku. Ujrzałam ich zaledwie kilka metrów dalej chowających się w cieniu drzew. Podbiegłam chwytając ich w ramiona jak tylko znalazłam się na tyle blisko by być w stanie to zrobić.
- Kazanie potem. Teraz musicie mi pomóc - przerwałam by zaczerpnąć powietrza - Zaatakujcie Asmodeusza za pomocą waszych mocy kiedy ja z tatą będziemy go atakować. Zróbcie to gdy zauważycie, że nie jest zainteresowany tym co się dzieje wokół niego. Mam plan. - dokończyłam spoglądając z Eleny na Tobiasa i odwrotnie. Ich twarze wyrażały zdeterminowanie, widziałam to. Tacy sami jak ja w ich wieku gdy chciałam obudzić mamę czy uratować Simona z Hotelu Dumort co jest tylko garstką przykładów jakie mogłabym przytoczyć.
- Poradzimy sobie. Biegnij mamo. - odparł Tobias pewnym tonem.
Nogi same niosły mnie przed oblicze walczących mężczyzn, ale widziałam jak nasze dzieci, kryjące się wśród drzew, próbowały znaleźć dobre miejsce na atak. W tym czasie ja znalazłam się tuż przed Asmodeuszem i zaatakowałam znienacka zostawiając niewielką ranę w boku demona. Im dalej w las tym ciemniej jak to powiadali. Pan Piekieł był tak zawzięty i zaangażowany, że bez problemu bronił się przed atakami moimi i blond anioła. Byliśmy zmęczeni po tylu godzinach walki, a to nie ułatwiało sytuacji. Szukałam wzrokiem dzieci, ale nie potrafiłam ich odnaleźć dopóki nie rozbłysnęło białe, niemal oślepiające światło.
W tamtej chwili Asmodeusz przyklęknął na ziemi, a Jace wykorzystując chwilę wbił serafickie ostrze w jego brzuch, a następnie uderzył pięścią w twarz. Herondalowie w dalszym ciągu nie przerywali ataku wiązką niebiańskiego światła przez co demon nie był w stanie się podnieść. Z jego gardła dochodziły krzyki i przekleństwa. Obiecywał nam śmierć, ciężką, w męczarniach. Nakazałam Jace'owi w jakiś sposób go przytrzymać tak bym mogła zrobić to czego oczekiwano ode mnie.
Wyciągnęłam stelę i natychmiast zaczęłam rysować runę na klatce piersiowej Asmodeusza. Krzyczał i wił się tak bardzo jak tylko mógł, ale nie dał rady się uwolnić. Gdy skończyłam krzyknęłam do ukochanego by natychmiast się odsunął tak jak ja to zrobiłam, a dzieci przerwały atak bo na pewno były już zmęczone.
Nie wszystko poszło po mojej myśli. Demon z każdego otworu i z każdej kończyny zaczął promieniować jasnym światłem. Niebiański ogień pomyślałam. Już go kiedyś widziałam stąd byłam pewna, że to był on. Jace nie zdążył odsunąć się na tyle daleko by nie oberwać. Upadł na ziemię, a jego klatka piersiowa się nie unosiła.
Znalazłam się tak blisko niego jak tylko mogłam. Krzyczałam do aniołów, a najgłośniej do Razjela, by zwrócili Jace'a. Moja twarz była mokra od łez i powoli przestawałam cokolwiek widzieć. Słyszałam jak dzieci krzyczą coś do siebie, ale ich nie słuchałam. Poczułam jak ktoś mnie odpycha, więc przetarłam oczy rękoma by zobaczyć sprawcę. Elena właśnie przysiadała koło blondyna po czym złapała brata za rękę, a drugą położyli na klatce piersiowej ojca.
W tamtej chwili pomyślałam "ile jeszcze razy dzisiaj oślepi mnie to światło?" wiedząc, że planują uzdrowić blondyna. Zaczął oddychać, a tuż po chwili otworzył oczy rozglądając się dookoła. Obok niego leżały wyczerpane dzieci. Rzuciłam się wpadając w jego objęcia i przygniatając mocniej do trawy.
- Ciii. Jestem tu. Dzięki naszym aniołom. Przez ten moment kiedy mnie nie było zobaczyłem ich - wyszeptał tak cicho, że ledwo usłyszałam go.
- Kogo?
- Stephena i Celine. Moich rodziców - odparł smutno.
- Wierzę, że są z Ciebie dumni. Możesz wstać? - zapytałam a tuż po chwili pomagałam mu się podnieść. - Musimy ich stąd zabrać. Kto wie jakie skutki miało zabicie Asmodeusza. - rzuciłam spoglądając w złote oczy ukochanego.
- Już się robi, aniele - odparł i pocałował mnie delikatnie po czym odsunął się.
Blondyn zarzucił sobie Tobiasa w taki sposób, że pomyślałam iż chłopiec waży tyle co nic. Natomiast ja wracałam z Eleną na rękach. Nie był to najlepszy sposób, ponieważ gdyby zaatakował nas demon mogłoby być już po nas. Zobaczyliśmy Alicante.
Okej I'm back people! Przepraszam za taką nieobecność, ale cóż... brak weny + wakacje to nie najlepsze połączenie. Oficjalnie do zakończenia tego bloga zostało UWAGA! 1 rozdział i epilog. Jest mi z tego powodu przykro, a także dlatego, że ten blog nie wygląda tak jakbym chciała za co was przepraszam. Było to moje pierwsze, dziewicze śmiem rzec, opowiadanie. Wszystkie komentarze i wyświetlenia wywoływały na mojej buzi uśmiech.
Następny rozdział w poniedziałek, a epilog w czwartek.
Kolejna informacja to nowe opowiadanie o tematyce DA. Jednak będzie zupełnie inne. Chciałabym stworzyć nową historię opartą na świecie napisanym przez Cassandrę oraz postaciach. Planuje pewne zmiany takie jak : Clary mieszkająca w Instytucie z Lightwoodami, Jace i Jonathan jako bracia mieszkający w posiadłości Morgensternów wraz z Jocelyn i Valentine'm. Trójkąt miłosny, a także Simon jako Nocny Łowca w Instytucie. Czytalibyście coś takiego?
+ Ktoś wie do ilu rzeczy byłam nominowana? Byłabym wdzięczna za komentarz z informacją ;d
Przedstawię wam mój pomysł na ciąg dalszy wydarzeń Clary,Jace'a i ich przyjaciół
wtorek, 30 sierpnia 2016
poniedziałek, 25 lipca 2016
O tym co się dzieje na chwilę obecną.
Otóż moi drodzy jak pewnie zdążyliście zauważyć od jakiegoś czasu nie wstawiam rozdziałów. Nie będę was oszukiwać, że pojawi się już w któryś dzień bo bym skłamała. Wiem o czym chcę pisać, ale nie potrafię napisać czegoś sensownego i w miarę fajnego. Dochodzi też do tego to, że jest ładna pogoda, pracuję a na dodatek przez kilka dni mój pupil ciężko chorował i musiałam go uśpić by nie cierpiał. Wszystko to prowadzi do tego, że nie potrafię złożyć niczego jakościowo dobrego na tym blogu.
Myślę, że odpoczynek i to, że na wattpadzie piszę własne opowiadanie sprawi, że w sierpniu dostaniecie nowy, ciekawy rozdział dzięki mojej wenie, która musi powrócić. Do końca Księgi II oraz bloga pozostało niewiele, ale mimo to nie chcę zepsuć ostatnich części.
Mam nadzieję, że zrozumiecie mnie i wrócicie na tą stronę w sierpniu byśmy mogli zakończyć wspólną przygodę jakim było moje fanfiction.
Buziaki i ciepłe pozdrowienia dla was robaczki.
Myślę, że odpoczynek i to, że na wattpadzie piszę własne opowiadanie sprawi, że w sierpniu dostaniecie nowy, ciekawy rozdział dzięki mojej wenie, która musi powrócić. Do końca Księgi II oraz bloga pozostało niewiele, ale mimo to nie chcę zepsuć ostatnich części.
Mam nadzieję, że zrozumiecie mnie i wrócicie na tą stronę w sierpniu byśmy mogli zakończyć wspólną przygodę jakim było moje fanfiction.
Buziaki i ciepłe pozdrowienia dla was robaczki.
piątek, 15 lipca 2016
Księga II Rozdział 22 - Nie mamy wyjścia
~Oczami Jonathana~
Nefilim, którego odnalazłem nie ocucił się w ciągu 10 minut, a walka nadal trwała. Postanowiłam na własną rękę wybudzić go ze snu, omdlenia czy jak kto woli. Podszedłem i przyklęknąłem koło niego, a następnie z części mojej siły walnąłem go z płaskiej dłoni w policzek. Reakcji jak nie było tak się nie pojawiła, więc spróbowałem drugi i trzeci raz. Blondyn powoli zaczął otwierać oczy by następnie nagle usiąść na ziemi. Spojrzał na mnie złotymi oczyma po czym wydał zduszony jęk oraz chwycił się za policzek.
- Przepraszam, musiałem Cię jakoś obudzić, a że nie reagowałeś to walnąłem Cię trzy razy. Walka trwa w najlepsze, a Ty zasnąłeś dzięki demonowi strachu - powiedziałem spokojnie.
- Na Anioła to wszystko było tak realistyczne, że myślałem iż na prawdę Clary, Alec, Maryse i Robert zginęli. Dzięki bracie za to co zrobiłeś choć nie musiałeś mnie bić - odparł z uśmiechem Jace.
- No wiesz po części sprawiło mi to przyjemność - rzuciłem po czym podałem mu dłoń i pomogłem wstać.
Oboje wyruszyliśmy w objęcia demonów. Każdy z nas pobiegł w inną stronę. Ja postanowiłem wytorować sobie drogę i odszukać mojej ukochanej czarnulki. Oby było z nią wszystko dobrze.
~Oczami Jace'a~
Biegłem ile sił w nogach. Musiałem odnaleźć anielicę o rudych włosach i pięknych szmaragdowych oczach. Chciałem mieć pewność, że jest bezpieczna o ile to dobre określenie podczas bitwy z hordą pomiotów szatana. Moje nogi niosły mnie nie do końca wiadomo gdzie, ale ważne abym znalazł się przy ukochanej. W międzyczasie rzucałem serafickimi ostrzami, oraz w przypadku bliższych starć używałem serafickiego miecza do zabicia demona.
Umazany demoniczną posoką i gdzie nie gdzie z lekkimi zadrapaniami bądź ranami zobaczyłem tak dobrze znane mi włosy. Rzuciłem się w tamtą stronę nie patrząc na to czy przede mną jest jeden czy trzy pomioty. Z każdym z nich dałem sobie radę bo nic nie mogło mnie wtedy powstrzymać przed upewnieniem się iż mojej miłości życia nic nie grozi.
Powoli z typową dla niej gracją odwróciła się w moją stronę gdy tylko usłyszała mój krzyk. Uśmiech niemal natychmiast wpłynął na jej usta i już nie tylko ja biegłem w jej objęcia. Oboje to robiliśmy. Znajdując się w odległości kilku centymetrów ode mnie chwyciła moją twarz w swoje drobne dłonie, a następnie połączyła nasze wargi. Nie liczyło się to czy byliśmy na polu walki, ale to, że żyjemy i byliśmy zdolni do dalszej walki.
Nie chciałem już odchodzić gdzieś dalej od niej by móc pilnować, że nie zobaczę jej śmierci tak jak działo się to podczas iluzji demona strachu. Wiedział, że największy ból, a zarazem przerażenie wywoła śmierć najbliższych mi osób. A jakby nie patrząc Clary była jako pierwsza na tej liście, a tuż za nią mój parabatai i dopiero moje dzieci. Nie to, że Aleca kocham bardziej, ale tak o to działa nasza więź - on jest ważniejszy.
Jak tylko rudowłosy anioł oderwał swoje usta od moich na jej twarzy pojawił się uśmiech. Spoglądałem na nią z, jak mniemam, widoczną miłością, ale przygotowywałem się na to, że nie wiadomo czy dożyjemy jutrzejszego dnia. W następnej chwili Clary przybrała poważną minę i lustrowała mnie od góry do dołu. Normalnie nie miałbym nic przeciwko, ale sytuacja nie pozwala na żadne śmiechy czy zabawne komentarze. Za dużo nefilim już zginęło by śmiać się na polu walki.
- Jace, demonów jest za dużo. Musimy odnaleźć Asmodeusza i zabić go. Nie mamy wyjścia - rzuciła.
Niewiele myśląc chwyciłem jej malutką dłoń w swoją i razem przedzieraliśmy się przez hordy demonów. Na ziemi leżały bardzo świeże ciała z jeszcze krwawiącymi ranami. Nie mogliśmy na to patrzeć, więc odwrócenie głowy było wtedy najlepszym pomysłem.
Przedzieraliśmy się między innymi Nocnymi Łowcami i pomiotami szatana kiedy za sobą usłyszeliśmy tak dobrze znany nam głos.
- Słyszałem, że mnie szukacie głupi nefilim - warknął Asmodeusz pojawiając się tuż za nami.
- Owszem poszukujemy. Jak się czujesz z tym, że pokonaliśmy już sporą ilość Twojej armii? - zapytałem z lekkim uśmieszkiem.
- Pamiętajcie ja zawsze jestem o krok przed wami Nocni Łowcy od siedmiu boleści - odparł po czym zniknął we mgle.
Co miał na myśli?
~Oczami Eleny~
Zgodnie z rozkazem mieliśmy wraz z Tobiasem wrócić do sali anioła gdzie znajdowała się babcia Jocelyn z Noah i innymi młodymi bądź starszymi nefilim. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji, więc postanowiliśmy ukryć się w lesie aby obserwować walkę na bieżąco i na dodatek z bliska. Oglądanie jak Nocni Łowcy z niezwykłą zwinnością oraz siłą nacierali na demony było niesamowitym doświadczeniem. Jednakże podczas bitwy było wiele ofiar. Patrzeć na śmierć każdego z osobna to był zły pomysł. Z każdym ciosem byłam coraz bliższa płaczu widząc jak moi bracia i siostry padają jedno za drugim przez pomioty Asmodeusza.
On musi zginąć. A ja wraz z bratem obiecaliśmy tego dokonać. Musi wiedzieć, że jego miejsce jest w zaświatach. Nikt więcej nie umrze przez jego widzi mi się. W tamtej chwili problemem nie były chęci czy chętni do zabicia go, ale to jak to zrobić. Pan Piekieł nie da się pokonać tak szybko, a my nie byliśmy wyszkoleni odpowiednio do tego.
Co mamy zrobić?
No kochani wreszcie się wyjaśniło! Nikt nie umarł! Jeszcze!
Nefilim, którego odnalazłem nie ocucił się w ciągu 10 minut, a walka nadal trwała. Postanowiłam na własną rękę wybudzić go ze snu, omdlenia czy jak kto woli. Podszedłem i przyklęknąłem koło niego, a następnie z części mojej siły walnąłem go z płaskiej dłoni w policzek. Reakcji jak nie było tak się nie pojawiła, więc spróbowałem drugi i trzeci raz. Blondyn powoli zaczął otwierać oczy by następnie nagle usiąść na ziemi. Spojrzał na mnie złotymi oczyma po czym wydał zduszony jęk oraz chwycił się za policzek.
- Przepraszam, musiałem Cię jakoś obudzić, a że nie reagowałeś to walnąłem Cię trzy razy. Walka trwa w najlepsze, a Ty zasnąłeś dzięki demonowi strachu - powiedziałem spokojnie.
- Na Anioła to wszystko było tak realistyczne, że myślałem iż na prawdę Clary, Alec, Maryse i Robert zginęli. Dzięki bracie za to co zrobiłeś choć nie musiałeś mnie bić - odparł z uśmiechem Jace.
- No wiesz po części sprawiło mi to przyjemność - rzuciłem po czym podałem mu dłoń i pomogłem wstać.
Oboje wyruszyliśmy w objęcia demonów. Każdy z nas pobiegł w inną stronę. Ja postanowiłem wytorować sobie drogę i odszukać mojej ukochanej czarnulki. Oby było z nią wszystko dobrze.
~Oczami Jace'a~
Biegłem ile sił w nogach. Musiałem odnaleźć anielicę o rudych włosach i pięknych szmaragdowych oczach. Chciałem mieć pewność, że jest bezpieczna o ile to dobre określenie podczas bitwy z hordą pomiotów szatana. Moje nogi niosły mnie nie do końca wiadomo gdzie, ale ważne abym znalazł się przy ukochanej. W międzyczasie rzucałem serafickimi ostrzami, oraz w przypadku bliższych starć używałem serafickiego miecza do zabicia demona.
Umazany demoniczną posoką i gdzie nie gdzie z lekkimi zadrapaniami bądź ranami zobaczyłem tak dobrze znane mi włosy. Rzuciłem się w tamtą stronę nie patrząc na to czy przede mną jest jeden czy trzy pomioty. Z każdym z nich dałem sobie radę bo nic nie mogło mnie wtedy powstrzymać przed upewnieniem się iż mojej miłości życia nic nie grozi.
Powoli z typową dla niej gracją odwróciła się w moją stronę gdy tylko usłyszała mój krzyk. Uśmiech niemal natychmiast wpłynął na jej usta i już nie tylko ja biegłem w jej objęcia. Oboje to robiliśmy. Znajdując się w odległości kilku centymetrów ode mnie chwyciła moją twarz w swoje drobne dłonie, a następnie połączyła nasze wargi. Nie liczyło się to czy byliśmy na polu walki, ale to, że żyjemy i byliśmy zdolni do dalszej walki.
Nie chciałem już odchodzić gdzieś dalej od niej by móc pilnować, że nie zobaczę jej śmierci tak jak działo się to podczas iluzji demona strachu. Wiedział, że największy ból, a zarazem przerażenie wywoła śmierć najbliższych mi osób. A jakby nie patrząc Clary była jako pierwsza na tej liście, a tuż za nią mój parabatai i dopiero moje dzieci. Nie to, że Aleca kocham bardziej, ale tak o to działa nasza więź - on jest ważniejszy.
Jak tylko rudowłosy anioł oderwał swoje usta od moich na jej twarzy pojawił się uśmiech. Spoglądałem na nią z, jak mniemam, widoczną miłością, ale przygotowywałem się na to, że nie wiadomo czy dożyjemy jutrzejszego dnia. W następnej chwili Clary przybrała poważną minę i lustrowała mnie od góry do dołu. Normalnie nie miałbym nic przeciwko, ale sytuacja nie pozwala na żadne śmiechy czy zabawne komentarze. Za dużo nefilim już zginęło by śmiać się na polu walki.
- Jace, demonów jest za dużo. Musimy odnaleźć Asmodeusza i zabić go. Nie mamy wyjścia - rzuciła.
Niewiele myśląc chwyciłem jej malutką dłoń w swoją i razem przedzieraliśmy się przez hordy demonów. Na ziemi leżały bardzo świeże ciała z jeszcze krwawiącymi ranami. Nie mogliśmy na to patrzeć, więc odwrócenie głowy było wtedy najlepszym pomysłem.
Przedzieraliśmy się między innymi Nocnymi Łowcami i pomiotami szatana kiedy za sobą usłyszeliśmy tak dobrze znany nam głos.
- Słyszałem, że mnie szukacie głupi nefilim - warknął Asmodeusz pojawiając się tuż za nami.
- Owszem poszukujemy. Jak się czujesz z tym, że pokonaliśmy już sporą ilość Twojej armii? - zapytałem z lekkim uśmieszkiem.
- Pamiętajcie ja zawsze jestem o krok przed wami Nocni Łowcy od siedmiu boleści - odparł po czym zniknął we mgle.
Co miał na myśli?
~Oczami Eleny~
Zgodnie z rozkazem mieliśmy wraz z Tobiasem wrócić do sali anioła gdzie znajdowała się babcia Jocelyn z Noah i innymi młodymi bądź starszymi nefilim. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji, więc postanowiliśmy ukryć się w lesie aby obserwować walkę na bieżąco i na dodatek z bliska. Oglądanie jak Nocni Łowcy z niezwykłą zwinnością oraz siłą nacierali na demony było niesamowitym doświadczeniem. Jednakże podczas bitwy było wiele ofiar. Patrzeć na śmierć każdego z osobna to był zły pomysł. Z każdym ciosem byłam coraz bliższa płaczu widząc jak moi bracia i siostry padają jedno za drugim przez pomioty Asmodeusza.
On musi zginąć. A ja wraz z bratem obiecaliśmy tego dokonać. Musi wiedzieć, że jego miejsce jest w zaświatach. Nikt więcej nie umrze przez jego widzi mi się. W tamtej chwili problemem nie były chęci czy chętni do zabicia go, ale to jak to zrobić. Pan Piekieł nie da się pokonać tak szybko, a my nie byliśmy wyszkoleni odpowiednio do tego.
Co mamy zrobić?
No kochani wreszcie się wyjaśniło! Nikt nie umarł! Jeszcze!
środa, 13 lipca 2016
Księga II Rozdział 21 - Wszyscy umieramy.
~Oczami Jace'a~
Nie, nie, nie. Błagam żeby był to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Razjelu spraw bym widział wszystko takie jakie jest bo nie wierzę, że to ma miejsce.
Padłem na kolana widząc jak demon rzuca martwą już Clary. Jej klatka piersiowa nie unosiła się, a oczy były puste. Mogłem to dostrzec nawet mimo dzielącej nas odległości. Z całego serca chcę aby to był tylko żart! Moja anielica nie może odejść z tego świata. Nie ma nawet takiej możliwości. Nie mogę na to pozwolić!
Chcę zaatakować potwora, ale powstrzymuję się w ostatniej chwili nim moje stopy oderwały się od ziemi. Teraz w jego obślizgłe łapy wpadł Alec, który był nie przytomny. A może jest już martwy? Szeptała moja podświadomość.
Postanowiłem nie ryzykować życia parabatai i pobiegłem w stronę demona. Spodziewał się tego bo natomiast odparował atak serafickim ostrzem. Napierałem na niego wciąż i wciąż aby wypuścił młodego Lightwooda, ale monstrum nic sobie nie robiło z mojej ofensywy. Jeśli dalej będzie trzymał czarnowłosego w swojej olbrzymiej łapie prawdopodobnie połamie mu kości, a tego nie wyleczy iratze zrobione nawet przeze mnie.
Do cholery jasnej! Jace myśl! Musisz uratować swojego przyjaciela i brata skoro ukochanej już nie możesz!
- Alec trzymaj się! - krzyknąłem ile sił w płucach na co chłopak tylko wydał z siebie cichy jęk.
W tej chwili dostrzegłem dwie średniej wielkości osoby stojące niedaleko demona. Trzymały się za ręce by w następnej chwili z ich rąk poszybował strumień światła. Dsmon wpadł w konwulsje tym samym wypuszczając Aleca z łapy. Lightwood upadł na ziemię, a potwór powoli schodził z tego świata.
Nie zdążyłem zareagować kiedy demon wydając ostatnie tchnienie zmiażdżył ręką mojego parabatai. Poczułem stradzny ból w piersi i jak zakładam moja runa oznaczająca przymierze z jedną osobą do końca życia zaczęła blednąć. Do końca ma mi przypominać, że miałem przyjaciela, który zginął.
Rzuciłem się w stronę ciał dwóch najbliższych mi osób. Elena z Tobiasem siedzieli przy nieżywej Clary roniąc morze łez. Wołali by rudowłosa wstała i ich przytuliła, ale to nie nastąpiło. Podszedłem najpierw do parabatai.
Opadłem przy nim na kolana i nachyliłem się nad tak dobrze znaną mi sylwetką. Położyłem dłoń na jego oczach zamykając jednocześnie jego powieki.
- Ave atque vale, frater, Alexander Gideon Lightwood, - wyszeptałem cicho. Mój parabatai odszedł na wieki. - Spotkamy się w kolejnym życiu, obiecuję.
Wstając chwiejnie podszedłem do anielicy. Jej włosy tworzyły aureolę kontrastując z bladą cerą. Usiadłem obok nie zwracając uwagi na płaczące obok dzieci. Pocałowałem jej skroń i zrobiłem to samo co z powiekami mojego brata. Trzymając na nich dłoń otworzyłem usta by wyleciał z nich dźwięk. Starałem się brzmieć normalnie, ale nie udało się.
- Ave atque vale moja ukochana, anielico, żono Clarisso Adele Herondale - Morgenstern - Fairchild -Fray - wyszeptałem łamiącym się głosem na co Elena z Tobiasem załkali głośniej.
Spojrzałem na nasze, poprawka moje, dzieci i moje serce z miliona kawałeczków połamało się na jeszcze mniejsze. Nie powinny widzieć swojej matki w tym stanie.
- El, Tobi idźcie do sali anioła. To nie jest dla was najbezpieczniejsze miejsce, a nie chcę stracić jeszcze was. Odnajdźcie wujka Magnusa i powiedzcie mu... że mi przykro - rzuciłem w ich stronę.
Dzieci bez słowa poderwały się z ziemi i biegiem rzuciły się w kierunku bramy. Chociaż w tej jednej chwili potrafią mnie słuchać, ale co by było gdyby nie nadeszły ze swoimi mocami? Może też bym nie żył? Byłoby to lepsze bo połączyłbym się z moją miłością. Kogo jeszcze stracę?
Teraz nie pozostaje mi nic innego jak tylko rzucić się w wir walki i zabić jak najwięcej tego szatańskiego pomiotu. Wyciągnąłem moje serafickie ostrza po czym pobiegłem do najbliższego demona. Wskoczyłem niespodziewanie na jego plecy wbijając miecz w kręgosłup. Przeciągnąłem go w dół jednocześnie zeskakując z potwora. Podobnie postąpiłem z kilkoma innymi. Z jednym było prościej, a z innym trudniej i musiałem zdobyć się na kreatywność. W ten oto sposób odciąłem kilku z nich głowy, innym wyrwałem serca, a jeszcze kolejni doświadczyli przebicia ich głowy mieczem.
Rozejrzałem się wokół mnie i ujrzałem Maryse z Robertem leżącym w jej ramionach. Czy ja musiałem wykrakać coś o kolejnej śmierci? Podszedłem do nich szybko po czym usłyszałem słynne słowa witaj i żegnaj Robercie Lightwood. Moja przyszywana matka zalewała się łzami, ale zauważyłem coś znacznie gorszego. Jej kombinezon na ręce był kompletnie wyżarty przez posokę demonów, a na przedramieniu widniało potężne zadrapanie. Nie było ono byle jakie. Gdzie nie gdzie pojawiały się przy nim czarne żyły co znaczyło tylko jedno. Jad demona shaxa. Nieuleczalny bez Cichych Braci zabija w ciągu godziny.
- Jace.. - wyszeptała.
- Mamo, proszę. Wystarczy, że nie żyje Clary, Robert i Alec. Proszę tylko nie Ty - objąłem dłońmi jej twarz, a ona wyrwała się.
- Odszukaj Izzy i Jonathana. Oni muszą przeżyć bo.. Isabelle jest w kolejnej ciąży, Magnus mi powiedział.. Idź tam, proszę.
Pocałowałem ją w policzek na pożegnanie i odszedłem. Nie chcę patrzeć na jej śmierć. Nie mogę patrzeć na śmierć nikogo więcej! Dlaczego do cholery nie mogę nic z tym zrobić? Wiedziałem, że stracimy wielu nefilim, ale na Razjela nie myślałem, że tyle osób z mojej rodziny umrze!
Mijając ciała innych Nocnych Łowców spoglądałem na nich. Niektórzy nie posiadali głowy, albo wykrwawili się lub mieli pogruchotane kości. Paskudny widok. W oddali widziałem ledwo trzymającą się na nogach Isabelle. Podbiegłem by jej pomóc, a ona wpadła w moje ramiona zdążając wyszeptać jedynie "Jonathan".
Co tu się do cholery jasnej dzieje?
~Oczami Jonathana~
Widziałem, że ma poważne kłopoty. Musiałem podbiec do niego jak najszybciej. Zrobiłem to przy okazji atakując demona. Jednak nie było tak prosto go powalić. Wiele ataków, szarży i bloków trzeba było wykonać aby się udało. Ostatecznie demon padł, a ja udałem się do niego. Zdążyłem na czas uratować go nim potwór go osłabi tak, że nefilim nie będzie zdolny do walki.
Sprawdziłem wszystkie miejsca, które tylko mogłem, w poszukiwaniu jakichkolwiek ran. Było kilka niegroźnych zadrapań, więc narysowałem dwa iratze. Wziąłem go z pola walki czekając aż się obudzi przy okazji zabijając trzy demony, które stanęły nam na drodze.
Z jednej strony uratowałem Nocnego Łowcę, a z drugiej nie jestem pewny czy moja żona jest bezpieczna ani czy nic jej nie grozi. Mam nadzieję, że znalazła kogoś z naszej rodziny i nie jest w tym momencie sama jak palec.
Wiele z naszych straciło życie w tej walce zabijając może 1/3 tego co przygotował dla nas Asmodeusz. Muszę go odnaleźć, ale nie ja go zabiję. Mogą to zrobić tylko specjalne osoby. Jak tylko znajdę resztę rodziny oraz moją ukochaną udamy się do sali anioła skąd weźmiemy Elenę i Tobiasa. Tylko oni są zdolni zabić raz na zawsze Pana Piekieł. Nie będzie to proste, ktoś może zginąć, ale trzeba spróbować. Kto nie ryzykuje nie zyskuje.
Muszę to gdzieś napisać bo nie wytrzymam. Wreszcie skończyłam czytać DM i muszę powiedzieć, że teraz wiem dlaczego wszyscy się nimi zachwycają. Trójkąt Will-Tessa-Jem I love that! Całą "Mechaniczną Księżniczkę" przepłakałam bo tutaj ślub ma być, a nagle Jem choruje bardziej gdyż z miłości brał więcej narkotyku skracając swój czas na ziemi. Potem jego śmierć, która okazuje się nie prawdą gdyż mój ukochany srebrzystowłosy zmienia się w Cichego Brata. Na koniec Will z Tessą mają dzieci, Cecily i Sophie wychodzą za Lightwoodów (lub Lightwormów jak to mówił Herondale). Co roku Tessa i Jem spotykają się potajemnie, a w 2008r. pojawia się jako Nocny Łowca. Moje serce pękało na miliardy kawałeczków podczas czytania i uwielbiam Cassie. Śmiem twierdzić, że DM kocham bardziej niż DA aczkolwiek z moim sercu jest miejsce zarówno na Clary i Jace'a jak i Tessę, Willa i Jema. Nigdy tak nie płakałam przy książce - jestem słaba :P
Uff od razu lepiej jak się to napisało osobom, które zrozumieją to bardziej niż moje otoczenie :D
Nie, nie, nie. Błagam żeby był to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Razjelu spraw bym widział wszystko takie jakie jest bo nie wierzę, że to ma miejsce.
Padłem na kolana widząc jak demon rzuca martwą już Clary. Jej klatka piersiowa nie unosiła się, a oczy były puste. Mogłem to dostrzec nawet mimo dzielącej nas odległości. Z całego serca chcę aby to był tylko żart! Moja anielica nie może odejść z tego świata. Nie ma nawet takiej możliwości. Nie mogę na to pozwolić!
Chcę zaatakować potwora, ale powstrzymuję się w ostatniej chwili nim moje stopy oderwały się od ziemi. Teraz w jego obślizgłe łapy wpadł Alec, który był nie przytomny. A może jest już martwy? Szeptała moja podświadomość.
Postanowiłem nie ryzykować życia parabatai i pobiegłem w stronę demona. Spodziewał się tego bo natomiast odparował atak serafickim ostrzem. Napierałem na niego wciąż i wciąż aby wypuścił młodego Lightwooda, ale monstrum nic sobie nie robiło z mojej ofensywy. Jeśli dalej będzie trzymał czarnowłosego w swojej olbrzymiej łapie prawdopodobnie połamie mu kości, a tego nie wyleczy iratze zrobione nawet przeze mnie.
Do cholery jasnej! Jace myśl! Musisz uratować swojego przyjaciela i brata skoro ukochanej już nie możesz!
- Alec trzymaj się! - krzyknąłem ile sił w płucach na co chłopak tylko wydał z siebie cichy jęk.
W tej chwili dostrzegłem dwie średniej wielkości osoby stojące niedaleko demona. Trzymały się za ręce by w następnej chwili z ich rąk poszybował strumień światła. Dsmon wpadł w konwulsje tym samym wypuszczając Aleca z łapy. Lightwood upadł na ziemię, a potwór powoli schodził z tego świata.
Nie zdążyłem zareagować kiedy demon wydając ostatnie tchnienie zmiażdżył ręką mojego parabatai. Poczułem stradzny ból w piersi i jak zakładam moja runa oznaczająca przymierze z jedną osobą do końca życia zaczęła blednąć. Do końca ma mi przypominać, że miałem przyjaciela, który zginął.
Rzuciłem się w stronę ciał dwóch najbliższych mi osób. Elena z Tobiasem siedzieli przy nieżywej Clary roniąc morze łez. Wołali by rudowłosa wstała i ich przytuliła, ale to nie nastąpiło. Podszedłem najpierw do parabatai.
Opadłem przy nim na kolana i nachyliłem się nad tak dobrze znaną mi sylwetką. Położyłem dłoń na jego oczach zamykając jednocześnie jego powieki.
- Ave atque vale, frater, Alexander Gideon Lightwood, - wyszeptałem cicho. Mój parabatai odszedł na wieki. - Spotkamy się w kolejnym życiu, obiecuję.
Wstając chwiejnie podszedłem do anielicy. Jej włosy tworzyły aureolę kontrastując z bladą cerą. Usiadłem obok nie zwracając uwagi na płaczące obok dzieci. Pocałowałem jej skroń i zrobiłem to samo co z powiekami mojego brata. Trzymając na nich dłoń otworzyłem usta by wyleciał z nich dźwięk. Starałem się brzmieć normalnie, ale nie udało się.
- Ave atque vale moja ukochana, anielico, żono Clarisso Adele Herondale - Morgenstern - Fairchild -Fray - wyszeptałem łamiącym się głosem na co Elena z Tobiasem załkali głośniej.
Spojrzałem na nasze, poprawka moje, dzieci i moje serce z miliona kawałeczków połamało się na jeszcze mniejsze. Nie powinny widzieć swojej matki w tym stanie.
- El, Tobi idźcie do sali anioła. To nie jest dla was najbezpieczniejsze miejsce, a nie chcę stracić jeszcze was. Odnajdźcie wujka Magnusa i powiedzcie mu... że mi przykro - rzuciłem w ich stronę.
Dzieci bez słowa poderwały się z ziemi i biegiem rzuciły się w kierunku bramy. Chociaż w tej jednej chwili potrafią mnie słuchać, ale co by było gdyby nie nadeszły ze swoimi mocami? Może też bym nie żył? Byłoby to lepsze bo połączyłbym się z moją miłością. Kogo jeszcze stracę?
Teraz nie pozostaje mi nic innego jak tylko rzucić się w wir walki i zabić jak najwięcej tego szatańskiego pomiotu. Wyciągnąłem moje serafickie ostrza po czym pobiegłem do najbliższego demona. Wskoczyłem niespodziewanie na jego plecy wbijając miecz w kręgosłup. Przeciągnąłem go w dół jednocześnie zeskakując z potwora. Podobnie postąpiłem z kilkoma innymi. Z jednym było prościej, a z innym trudniej i musiałem zdobyć się na kreatywność. W ten oto sposób odciąłem kilku z nich głowy, innym wyrwałem serca, a jeszcze kolejni doświadczyli przebicia ich głowy mieczem.
Rozejrzałem się wokół mnie i ujrzałem Maryse z Robertem leżącym w jej ramionach. Czy ja musiałem wykrakać coś o kolejnej śmierci? Podszedłem do nich szybko po czym usłyszałem słynne słowa witaj i żegnaj Robercie Lightwood. Moja przyszywana matka zalewała się łzami, ale zauważyłem coś znacznie gorszego. Jej kombinezon na ręce był kompletnie wyżarty przez posokę demonów, a na przedramieniu widniało potężne zadrapanie. Nie było ono byle jakie. Gdzie nie gdzie pojawiały się przy nim czarne żyły co znaczyło tylko jedno. Jad demona shaxa. Nieuleczalny bez Cichych Braci zabija w ciągu godziny.
- Jace.. - wyszeptała.
- Mamo, proszę. Wystarczy, że nie żyje Clary, Robert i Alec. Proszę tylko nie Ty - objąłem dłońmi jej twarz, a ona wyrwała się.
- Odszukaj Izzy i Jonathana. Oni muszą przeżyć bo.. Isabelle jest w kolejnej ciąży, Magnus mi powiedział.. Idź tam, proszę.
Pocałowałem ją w policzek na pożegnanie i odszedłem. Nie chcę patrzeć na jej śmierć. Nie mogę patrzeć na śmierć nikogo więcej! Dlaczego do cholery nie mogę nic z tym zrobić? Wiedziałem, że stracimy wielu nefilim, ale na Razjela nie myślałem, że tyle osób z mojej rodziny umrze!
Mijając ciała innych Nocnych Łowców spoglądałem na nich. Niektórzy nie posiadali głowy, albo wykrwawili się lub mieli pogruchotane kości. Paskudny widok. W oddali widziałem ledwo trzymającą się na nogach Isabelle. Podbiegłem by jej pomóc, a ona wpadła w moje ramiona zdążając wyszeptać jedynie "Jonathan".
Co tu się do cholery jasnej dzieje?
~Oczami Jonathana~
Widziałem, że ma poważne kłopoty. Musiałem podbiec do niego jak najszybciej. Zrobiłem to przy okazji atakując demona. Jednak nie było tak prosto go powalić. Wiele ataków, szarży i bloków trzeba było wykonać aby się udało. Ostatecznie demon padł, a ja udałem się do niego. Zdążyłem na czas uratować go nim potwór go osłabi tak, że nefilim nie będzie zdolny do walki.
Sprawdziłem wszystkie miejsca, które tylko mogłem, w poszukiwaniu jakichkolwiek ran. Było kilka niegroźnych zadrapań, więc narysowałem dwa iratze. Wziąłem go z pola walki czekając aż się obudzi przy okazji zabijając trzy demony, które stanęły nam na drodze.
Z jednej strony uratowałem Nocnego Łowcę, a z drugiej nie jestem pewny czy moja żona jest bezpieczna ani czy nic jej nie grozi. Mam nadzieję, że znalazła kogoś z naszej rodziny i nie jest w tym momencie sama jak palec.
Wiele z naszych straciło życie w tej walce zabijając może 1/3 tego co przygotował dla nas Asmodeusz. Muszę go odnaleźć, ale nie ja go zabiję. Mogą to zrobić tylko specjalne osoby. Jak tylko znajdę resztę rodziny oraz moją ukochaną udamy się do sali anioła skąd weźmiemy Elenę i Tobiasa. Tylko oni są zdolni zabić raz na zawsze Pana Piekieł. Nie będzie to proste, ktoś może zginąć, ale trzeba spróbować. Kto nie ryzykuje nie zyskuje.
Muszę to gdzieś napisać bo nie wytrzymam. Wreszcie skończyłam czytać DM i muszę powiedzieć, że teraz wiem dlaczego wszyscy się nimi zachwycają. Trójkąt Will-Tessa-Jem I love that! Całą "Mechaniczną Księżniczkę" przepłakałam bo tutaj ślub ma być, a nagle Jem choruje bardziej gdyż z miłości brał więcej narkotyku skracając swój czas na ziemi. Potem jego śmierć, która okazuje się nie prawdą gdyż mój ukochany srebrzystowłosy zmienia się w Cichego Brata. Na koniec Will z Tessą mają dzieci, Cecily i Sophie wychodzą za Lightwoodów (lub Lightwormów jak to mówił Herondale). Co roku Tessa i Jem spotykają się potajemnie, a w 2008r. pojawia się jako Nocny Łowca. Moje serce pękało na miliardy kawałeczków podczas czytania i uwielbiam Cassie. Śmiem twierdzić, że DM kocham bardziej niż DA aczkolwiek z moim sercu jest miejsce zarówno na Clary i Jace'a jak i Tessę, Willa i Jema. Nigdy tak nie płakałam przy książce - jestem słaba :P
Uff od razu lepiej jak się to napisało osobom, które zrozumieją to bardziej niż moje otoczenie :D
niedziela, 10 lipca 2016
Księga II Rozdział 20 - Prawda czy fikcja?
~Oczami Clary~
Dzisiejszą wartę na murze wzięła Isabelle wraz z Jonathanem, więc reszta z nas mogła spokojnie oddać się w objęcia morfeusza. Jednak jak się okazało nie na długo. Obudził mnie głośny dźwięk alarmu oznajmiającego atak. Kątem oka spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 3:02. Poszturchałam blondyna by obudził się do końca po czym oboje szybko ubraliśmy się w nasze czarne stroje. Udało nam się jeszcze na szybko przemyć twarz wodą i ruszyliśmy na dół do zbrojowni w naszej rezydencji. Wyciągnęliśmy z niej najróżniejsze serafickie ostrza, bicze, łuki i kołczany przy okazji napotykając Aleca, Maryse i Roberta. Wszyscy jak jeden mąż mieliśmy właśnie wychodzić z domu gdy zatrzymała nas moja matka. Oznajmiła, że zabierze za chwilę dzieci do sali anioła i od wszelkiego wypadku weźmie jakąś broń ze zbrojowni. Bez wahania zgodziłam się po czym wybiegliśmy z rezydencji kierując się w stronę muru. Na placu widzieliśmy nefilim gotowych do walki oraz dzieci ze starcami, którzy pędzili ile sił w nogach do sali anioła aby tam się móc ukryć.
Ze świadomością, że horda demonów zbliża się do murów weszłam razem z rodziną na oblankowany, kamienny mur po czym przyjęliśmy pozycję gotową do ostrzału. Koło nas zgromadziło się dziesiątki nocnych łowców z łukami w dłoniach i kołczanami na plecach. Byli pewni, że chcą nam pomóc pokonać Asmodeusza oraz jego armię nawet kosztem własnego życia. Spojrzałam przed siebie, a w oddali ujrzałam spokojnie idący pomiot szatana w liczbie bliżej nieokreślonej. Na ciemnym niebie można było zauważyć również wiele latających demonów.
Korzystając z chwili, że demony są jeszcze bardzo daleko postanowiłam z Jace'm odszukać na szybko naszych parabatai. Blondyn nie miał z tym problemu i niemal natychmiast rozpoczęli z Aleciem rysowanie na sobie run. Jak powszechnie wiadomo runy narysowane przez swojego parabatai są dużo silniejsze. Krążyłam więc wśród innych nocnych łowców szukając czarnowłosej. Nie trwało to specjalnie długo, ponieważ była tylko kilkanaście metrów od nas. Powiedziała mi, że bardzo martwi się o Noah i swoją córeczkę, ale ma nadzieję, że nic im się nie stanie. Pocieszyłam ją mówiąc iż zajmuje się nimi moja mama, więc w razie czego potrafi ich obronić.
Wróciwszy na moje miejsce rozległ się dźwięk oznajmujący rozpoczęcie ostrzału. Natychmiast wyjęłam strzałę i naciągnąwszy ją na cięciwę próbowałam nacelować na jakiegoś demona. Jak tylko miałam czyste pole do strzału puściłam żyłkę, a po chwili strzała szybowała w powietrzu. Nie patrząc czy trafiłam powtórzyłam czynność dopóki dopóty nie skończył mi się kawałek drewna zakończony grotem.
Rozejrzałam się dookoła. Wielu nefilim nie miało już strzał, tak samo jak ja, więc postanowiło wyjść poza mur czekając na wroga. Ruszyłam za nimi i miałam już wyjść przez bramę, ale zostałam chwycona za nadgarstek. Odwróciłam się po czym ujrzałam Jocelyn. Spoglądała na mnie wystraszona, a jednocześnie poważna. Coś musiało się stać inaczej nie przyszła by tu z sali anioła podczas walki z demonami.
- Mamo?
- Córeczko ja nie wiem jak to się stało.. Elena i Tobias uciekli gdy poszłam zgłosić opiekunowi naszą obecność. Nie mogę ich nigdzie znaleźć.
- Dlaczego do cholery jasnej nie mogli mieć mojej spokojnej osobowości tylko tą lekkomyślną Jace'a. I tak Ci dziękuję mamo. Wracaj do sali, a ja ich znajdę.
Jocelyn zrobiła co powiedziałam i po chwili już jej nie było. Zaczęłam krążyć po placu szukając bliźniaków, a przy okazji męża, ale udało mi się znaleźć tylko tego drugiego. Miał wychodzić wraz z Aleciem gdy ujrzał mnie podbiegając do nich. Spojrzał niepewnie czekając na to co powiem,
- Cholerne dzieciaki uciekły mojej mamie. Nie mogę ich znaleźć - rzuciłam wciągając głośno powietrze.
- ŻE CO?! Jak tylko dorwę ich w swoje ręce to uduszę je, a wcześniej nakrzyczę solidnie. Nie mamy czasu musimy odeprzeć atak. Clary demony są coraz bliżej bramy, a dobrze wiesz, że nie mogą przejść przez nią inaczej mogą zaatakować salę anioła - powiedział akcentując każde słowo.
W trójkę wyszliśmy poza mur otaczający Alicante. Przygotowałam swoje ostrze szepcząc po cichu "Hesperos" po czym rzuciłam się na pierwszego lepszego demona koło mnie. Był on olbrzymi, ale dzięki temu, że jestem znacznie mniejsza mogę pokonać przeciwnika większego ode mnie za pomocą sprytu. Bez problemu odpierałam jego ataki, a przy okazji przechodziłam pod nim tak szybko, że nie wiedział czy jestem teraz przed nim czy za nim. Jak tylko znalazłam się za olbrzymem wdrapałam się po jego ubraniach, które tak na prawdę były tylko skrawkami ubrania, po czym wbiłam mu w kręgosłup ostrze. Chcąc zabić go ostatecznie ciągnęłam Hesperosa w dół tak, że demon w pewnym momencie opadł na kolana z bólu, a następnie się przewrócił.
Wyciągając ze zwłok ostrze w całości ubrudzone demoniczną posoką zaatakowałam kolejnego demona. Nie z każdym szło tak gładko jak z tym pierwszym, ale po dłuższej chwili i tak w końcu padały. Zabiwszy już kolejny pomiot szatana spojrzałam dookoła mnie. Widziałam dużo posoki na trawie, na nocnych łowcach. Moją uwagę zwróciły również zwłoki kilku nefilim, ale nie mogłam na to patrzeć za długo. Moim celem było znalezienie Asmodeusza, jeśli odważył się przyjść osobiście na pole bitwy, a następnie zabicie go.
~Oczami Jace'a~
Od stóp do głów byłem ubrudzony demoniczną posoką, którą miałem już po dziurki w nosie. Jeden za drugim demonem padały jak muchy gdy wbijałem w niego mojego Azgaela, którego dostałem na któreś urodziny od ukochanej. A propo rudowłosej zgubiłem ją zaraz po tym jak przeszliśmy przez bramę. Nie mam zielonego pojęcia gdzie jest ona albo dzieciaki. Obiecuję na Razjela, że jak się znajdą to je zabiję za to, że podczas walki muszę martwić się o to czy żyją.
W pewnej chwili zobaczyłem, że Alec musi odpierać ataki trzech demonów i nie radzi sobie za dobrze. Wkroczyłem więc do akcji atakując jednego z nich od tyłu. W ciągu kilku sekund leżał martwy na ziemi po czym zniknął oszczędzając mi sprzątania. W tym czasie mój parabatai zabił drugiego, a trzeciego powaliliśmy na ziemię wspólnie.
- Jace! - Usłyszałem jedynie odwracając się w stronę osoby, która wykrzyczała moje imię. W tamtym momencie nie byłem pewny czy to co widzę jest prawdą czy jedynie fikcją. Miałem nadzieję, że tym drugim inaczej moje serce pękłoby na drobne kawałeczki.
Hej ho robaczki! Jak myślicie kogo/co ujrzał nasz kochany Jace? Następny rozdział za 3 dni, pamiętajcie!
Około 2 w nocy czytałam Mechanicznego Księcia i doszłam do momentu w którym Tessa prawie prztryngoliła się z Jemem, a kiedy zrzuciła tą jego szkatułkę z narkotykiem, a Jem ją wygonił w głowie miałam tylko "Jak ja Cię kurwa nienawidzę Cassie". Czy tylko ja kibicuję Tessie i Jemowi mimo, że wiem iż Tess będzie z Willem?
Dzisiejszą wartę na murze wzięła Isabelle wraz z Jonathanem, więc reszta z nas mogła spokojnie oddać się w objęcia morfeusza. Jednak jak się okazało nie na długo. Obudził mnie głośny dźwięk alarmu oznajmiającego atak. Kątem oka spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 3:02. Poszturchałam blondyna by obudził się do końca po czym oboje szybko ubraliśmy się w nasze czarne stroje. Udało nam się jeszcze na szybko przemyć twarz wodą i ruszyliśmy na dół do zbrojowni w naszej rezydencji. Wyciągnęliśmy z niej najróżniejsze serafickie ostrza, bicze, łuki i kołczany przy okazji napotykając Aleca, Maryse i Roberta. Wszyscy jak jeden mąż mieliśmy właśnie wychodzić z domu gdy zatrzymała nas moja matka. Oznajmiła, że zabierze za chwilę dzieci do sali anioła i od wszelkiego wypadku weźmie jakąś broń ze zbrojowni. Bez wahania zgodziłam się po czym wybiegliśmy z rezydencji kierując się w stronę muru. Na placu widzieliśmy nefilim gotowych do walki oraz dzieci ze starcami, którzy pędzili ile sił w nogach do sali anioła aby tam się móc ukryć.
Ze świadomością, że horda demonów zbliża się do murów weszłam razem z rodziną na oblankowany, kamienny mur po czym przyjęliśmy pozycję gotową do ostrzału. Koło nas zgromadziło się dziesiątki nocnych łowców z łukami w dłoniach i kołczanami na plecach. Byli pewni, że chcą nam pomóc pokonać Asmodeusza oraz jego armię nawet kosztem własnego życia. Spojrzałam przed siebie, a w oddali ujrzałam spokojnie idący pomiot szatana w liczbie bliżej nieokreślonej. Na ciemnym niebie można było zauważyć również wiele latających demonów.
Korzystając z chwili, że demony są jeszcze bardzo daleko postanowiłam z Jace'm odszukać na szybko naszych parabatai. Blondyn nie miał z tym problemu i niemal natychmiast rozpoczęli z Aleciem rysowanie na sobie run. Jak powszechnie wiadomo runy narysowane przez swojego parabatai są dużo silniejsze. Krążyłam więc wśród innych nocnych łowców szukając czarnowłosej. Nie trwało to specjalnie długo, ponieważ była tylko kilkanaście metrów od nas. Powiedziała mi, że bardzo martwi się o Noah i swoją córeczkę, ale ma nadzieję, że nic im się nie stanie. Pocieszyłam ją mówiąc iż zajmuje się nimi moja mama, więc w razie czego potrafi ich obronić.
Wróciwszy na moje miejsce rozległ się dźwięk oznajmujący rozpoczęcie ostrzału. Natychmiast wyjęłam strzałę i naciągnąwszy ją na cięciwę próbowałam nacelować na jakiegoś demona. Jak tylko miałam czyste pole do strzału puściłam żyłkę, a po chwili strzała szybowała w powietrzu. Nie patrząc czy trafiłam powtórzyłam czynność dopóki dopóty nie skończył mi się kawałek drewna zakończony grotem.
Rozejrzałam się dookoła. Wielu nefilim nie miało już strzał, tak samo jak ja, więc postanowiło wyjść poza mur czekając na wroga. Ruszyłam za nimi i miałam już wyjść przez bramę, ale zostałam chwycona za nadgarstek. Odwróciłam się po czym ujrzałam Jocelyn. Spoglądała na mnie wystraszona, a jednocześnie poważna. Coś musiało się stać inaczej nie przyszła by tu z sali anioła podczas walki z demonami.
- Mamo?
- Córeczko ja nie wiem jak to się stało.. Elena i Tobias uciekli gdy poszłam zgłosić opiekunowi naszą obecność. Nie mogę ich nigdzie znaleźć.
- Dlaczego do cholery jasnej nie mogli mieć mojej spokojnej osobowości tylko tą lekkomyślną Jace'a. I tak Ci dziękuję mamo. Wracaj do sali, a ja ich znajdę.
Jocelyn zrobiła co powiedziałam i po chwili już jej nie było. Zaczęłam krążyć po placu szukając bliźniaków, a przy okazji męża, ale udało mi się znaleźć tylko tego drugiego. Miał wychodzić wraz z Aleciem gdy ujrzał mnie podbiegając do nich. Spojrzał niepewnie czekając na to co powiem,
- Cholerne dzieciaki uciekły mojej mamie. Nie mogę ich znaleźć - rzuciłam wciągając głośno powietrze.
- ŻE CO?! Jak tylko dorwę ich w swoje ręce to uduszę je, a wcześniej nakrzyczę solidnie. Nie mamy czasu musimy odeprzeć atak. Clary demony są coraz bliżej bramy, a dobrze wiesz, że nie mogą przejść przez nią inaczej mogą zaatakować salę anioła - powiedział akcentując każde słowo.
W trójkę wyszliśmy poza mur otaczający Alicante. Przygotowałam swoje ostrze szepcząc po cichu "Hesperos" po czym rzuciłam się na pierwszego lepszego demona koło mnie. Był on olbrzymi, ale dzięki temu, że jestem znacznie mniejsza mogę pokonać przeciwnika większego ode mnie za pomocą sprytu. Bez problemu odpierałam jego ataki, a przy okazji przechodziłam pod nim tak szybko, że nie wiedział czy jestem teraz przed nim czy za nim. Jak tylko znalazłam się za olbrzymem wdrapałam się po jego ubraniach, które tak na prawdę były tylko skrawkami ubrania, po czym wbiłam mu w kręgosłup ostrze. Chcąc zabić go ostatecznie ciągnęłam Hesperosa w dół tak, że demon w pewnym momencie opadł na kolana z bólu, a następnie się przewrócił.
Wyciągając ze zwłok ostrze w całości ubrudzone demoniczną posoką zaatakowałam kolejnego demona. Nie z każdym szło tak gładko jak z tym pierwszym, ale po dłuższej chwili i tak w końcu padały. Zabiwszy już kolejny pomiot szatana spojrzałam dookoła mnie. Widziałam dużo posoki na trawie, na nocnych łowcach. Moją uwagę zwróciły również zwłoki kilku nefilim, ale nie mogłam na to patrzeć za długo. Moim celem było znalezienie Asmodeusza, jeśli odważył się przyjść osobiście na pole bitwy, a następnie zabicie go.
~Oczami Jace'a~
Od stóp do głów byłem ubrudzony demoniczną posoką, którą miałem już po dziurki w nosie. Jeden za drugim demonem padały jak muchy gdy wbijałem w niego mojego Azgaela, którego dostałem na któreś urodziny od ukochanej. A propo rudowłosej zgubiłem ją zaraz po tym jak przeszliśmy przez bramę. Nie mam zielonego pojęcia gdzie jest ona albo dzieciaki. Obiecuję na Razjela, że jak się znajdą to je zabiję za to, że podczas walki muszę martwić się o to czy żyją.
W pewnej chwili zobaczyłem, że Alec musi odpierać ataki trzech demonów i nie radzi sobie za dobrze. Wkroczyłem więc do akcji atakując jednego z nich od tyłu. W ciągu kilku sekund leżał martwy na ziemi po czym zniknął oszczędzając mi sprzątania. W tym czasie mój parabatai zabił drugiego, a trzeciego powaliliśmy na ziemię wspólnie.
- Jace! - Usłyszałem jedynie odwracając się w stronę osoby, która wykrzyczała moje imię. W tamtym momencie nie byłem pewny czy to co widzę jest prawdą czy jedynie fikcją. Miałem nadzieję, że tym drugim inaczej moje serce pękłoby na drobne kawałeczki.
Hej ho robaczki! Jak myślicie kogo/co ujrzał nasz kochany Jace? Następny rozdział za 3 dni, pamiętajcie!
Około 2 w nocy czytałam Mechanicznego Księcia i doszłam do momentu w którym Tessa prawie prztryngoliła się z Jemem, a kiedy zrzuciła tą jego szkatułkę z narkotykiem, a Jem ją wygonił w głowie miałam tylko "Jak ja Cię kurwa nienawidzę Cassie". Czy tylko ja kibicuję Tessie i Jemowi mimo, że wiem iż Tess będzie z Willem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)